Ayuthaya-1

Nasz pobyt w Kanchanaburi dobiegł końca. Szkoda, bo wiele jest tam jeszcze do zobaczenia. Kolejny cel to Ayutthaya – dawna stolica Tajlandii.

Dojazd komunikacją z Kanchanaburi do Ayutthaya jest dość długi i z przesiadkami, więc zdecydowaliśmy się na taksówkę, aby dotrzeć na miejsce szybko. Bardzo zależało nam na czasie. Cena oczywiście nie mała za taki transport – 1500bht, czas trwania przejazdu 2,5 godziny. Wyjeżdżaliśmy z Kanchanaburi późnym popołudniem, a więc ryzykowne byłoby jechanie do dawnej stolicy Tajlandii pociągiem, autobusem i z przesiadkami. Nie wiadomo, o której godzinie dotarlibyśmy na miejsce i czy przypadkiem po drodze nie mielibyśmy niespodziewanych przygód komunikacyjnych. Tego dnia nie były one nam potrzebne. Woleliśmy zapłacić więcej, a bezpiecznie i bezproblemowo dojechać. I tak było – miły taksówkarz wspólnie ze swoją żoną stawili się o umówionym czasie pod naszym hotelem i zawieźli nas do Ayutthaya. Dotarliśmy wieczorem. I od momentu, w którym opuściliśmy taksówkę zaczęły się przygody, których chcieliśmy uniknąć. Nie udało się, jak to w Tajlandii. Po pierwsze przygoda z hotelem – okazało się, że mamy pokój w tak hałaśliwym miejscu  przy głównej drodze, że oboje stwierdziliśmy, iż w tutaj nie zaśniemy. Spokojny sen i wypoczynek przy tak intensywnym zwiedzaniu jest dla nas istotny. Nie potrzebujemy luksusów, ale cisza, ciepła woda i czystość są znaczące. Zrezygnowaliśmy z owego hotelu, którego nazwy nie pamiętam. Chciałam szybko opuścić to miejsce. Nie musieliśmy nawet opłacić pobytu mimo wcześniejszej rezerwacji. Szef hotelu pobrał od nas jakąś symboliczną kwotę.
Z ciężkim plecakiem na plecach przemierzaliśmy miasto w poszukiwaniu nowego lokum.  Czy znaleźliśmy? Oczywiście, że tak. Gdzieś spać przecież musieliśmy. Ale czy dokonaliśmy dobrego wyboru? Nie do końca. Wybór padł na Ban U Thong Accommodations – hotelik nad rzeką. Zdecydowaliśmy się na pokój z widokiem na same mury pobliskich domów, aby zapewnić sobie ciszę, ale i tak całą noc słychać było przepływające przez rzekę promy. Ja z moją nadwrażliwością słuchową niestety spać nie mogłam. Ponadto rozpadło nam się stare drewniane łóżko, które mój mąż próbował przesunąć. Lekkie dotknięcie i już wszystkie deski były na podłodze. Musieliśmy je na nowo składać. Tego dnia miałam spory kryzys. Zmęczenie, hałas, niesmaczne jedzenie, zepsute łóżko, problemy z zaśnięciem. To wszystko sprawiło, że na drugi dzień moja kondycja nie była zbyt dobra. No, ale trzeba było się zmobilizować, nie narzekać i iść dalej. Przed nami Ayutthaya i jej świątynie, które chcieliśmy zobaczyć.
Na miejscu można wynająć rower lub rikszę i w taki sposób zwiedzić kompleks. My zaufaliśmy własnym nogom i tylko w sytuacji dużych odległości między ruinami przemieszczaliśmy się tuk tukiem.

AYUTTHAYA

Wszystkie świątynie, których na terenie Ayutthaya jest mnóstwo tworzą Park Historyczny wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. W latach 1350-1767 Ayutthaya była stolicą Tajlandii. W tamtych czasach Syjamu – tak Tajlandię nazywano. Miasto to miało swoje lata świetności – wspaniałe świątynie lśniące z oddali, kosmopolityczność jedna z największych na świecie, skarby. Wszyscy możni świata podziwiali rozwój miasta. Jednak najazd wojsk birmańskich w 1767 roku sprawił, że wielkie Imperium upadło, a po roku od najazdu Birmańczyków i zrabowania przez nich wszystkich dóbr miasta stolicę Syjamu przeniesiono do Bangkoku. Ayutthaya stała się zapomnianym miastem przez dziesięciolecia. Dopiero od 1969 roku rozpoczęto prace renowacyjne i zaczęto odnawiać zniszczone ruiny świątyń.

My odwiedziliśmy 6 miejsc z całego kompleksu i jak na jeden dzień była to maksymalna ilość. Na więcej nie starczyłoby nam już po prostu sił, a jeszcze wieczorem trzeba było zdążyć na pociąg i wrócić do Bangkoku. To, co istotne – wszystkie wejścia na teren świątyń były bezpłatne z powodu panującej w Tajlandii żałoby.

WAT PHRA MAHATHAT

(zbudowana: 1374) – pierwszy punkt zwiedzania. Jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w Ayutthaya ze względu na tajemnicze drzewo figowca, w którym znajduje się głowa Buddy. Ponadto w miejscu tym znajdziemy też inne świątynie, ciekawe zakamarki, bezgłowe monumenty i inne elementy ukazujące czasy epoki khmerskiej.

Ayutthaya – podróż w czasie

WAT RATCHABUARANA

(zbudowana: 1424) –  jej symbol to prang, czyli stupa w stylu hindusko-khmerskim. Spotkaliśmy wielu mnichów wędrujących na jej szczyt. Jest to budowla bardzo dobrze zachowana, nie uległa takiemu zniszczeniu jak inne. Warto wspiąć się na samą górę i zwiedzić stupę od wewnątrz. Znajdziemy tam między innymi ślady fresków z czasów khmerskich, ale i też nietoperze, na które trzeba uważać.

WAT PHRA SI SANPHET

(zbudowana: 1448) – trzy strzeliste czedi otoczone krużgankami, które można znaleźć na wielu pocztówkach. Są one symbolem tegoż kompleksu świątynnego. Miejsce piękne, klimatyczne, z ciekawą historią, gdyż to właśnie tutaj znajdował się kiedyś 16 metrowy stojący Budda. Niestety został zniszczony przez Birmańczyków.

Ayutthaya – podróż w czasie

WAT MONGKHON BOPHIT

W tym miejscu zachwyca odnowiony i odrestaurowany po najazdach wojsk birmańskich i pożaru ogromny posąg Buddy wykonany z brązu. Budda ma aż 17 metrów z podstawą. Oglądanie go na żywo robi nie lada wrażenie. Jest to jeden z największych wizerunków Buddy w całej Tajlandii. Koniecznie trzeba go zobaczyć będąc w Ayutthaya. W trakcie podziwiania cudownego posągu odczuliśmy nagle spore zmęczenie. Trzeba było odpocząć. Nogi coraz bardziej bolały i sygnalizowały – zatrzymajcie się. Jest ciężko! Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Świątynie, świątynie, świątynie….nadal były przed nami.

Ayutthaya

WAT CHAIWATTANARAM

(zbudowana: 1630) – przypominająca tą w Kambodży – Angkor Wat. Zachowana w bardzo dobrym. Cechuje ją 35 metrowy prang. Tutaj zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, gdyż naszym celem i zarazem ostatnim punktem tego dnia był kompleks Wat Yai Chai Mongkhon.

Ayutthaya – podróż w czasie

WAT YAI CHAI MONGKHON

(zbudowana: 1357) – moim zdaniem najpiękniejsza. Znajduje się na drugim końcu miasta, a więc jest dość mocno oddalona od głównych świątyń, które zwiedzaliśmy. Mimo wszystko warto się tam wybrać. Pojechaliśmy tuk tukiem. Świątynia ta zbudowana została dla mnichów. Mnisi wracali ze Sri Lanki i byli przepełnieni wiedzą o naukach Buddy. Należała im się świątynia, piękna świątynia. Kolejnym etapem jej budowy stała się czedi w kształcie dzwonu. Moim zdaniem miejsce magiczne, przepełnione tajemniczością, buddyzmem, innością. Cudowne ogrody, posągi Buddy w żółto złotych szatach, kwiaty – to wszystko sprawia, że jest to najbardziej fotogeniczne miejsce w całej Ayutthaya. W tym miejscu znajdziemy też ogromny posag leżącego Buddy – praktycznie taki sam jak ten ze świątyni Wat Mongkhon Bophit.

AyutthayaAyutthaya – podróż w czasie

Zmęczeni upałem i z bolącymi nogami zakończyliśmy odkrywanie starożytnych ruin dawnej stolicy Syjamu. Miejsce to na pewno warte jest zobaczenia, gdyż „zanurzenie” się w historii Tajlandii sprawia, że lepiej ten kraj poznajemy. My poznaliśmy.

„Złapaliśmy” tuk tuka i skierowaliśmy się do naszego hotelu przy rzece, aby odebrać plecaki. Natomiast kierowca tuk tuka zawiózł nas w zupełnie inne miejsce, nic nie rozumiał po angielsku. Wątpimy czy w ogóle znał się na mapie. Mój mąż na migi musiał go naprowadzać do naszego hotelu. A kierowca tuk tuka tylko drapał się po głowie i coś mruczał pod nosem po tajsku. Nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać. Patowa sytuacja. W końcu dotarliśmy. Lepiej już tego nie rozpamiętywać.

W hotelowej restauracji obiad okazał się jedną wielką porażką. Nie mieliśmy już czasu szukać innego miejsca na posiłek, gdyż czas na zegarku pokazywał, że trzeba się spieszyć. Pociąg do Bangkoku na nas nie poczeka. Chrząstki kurczaka w panierce rozłożyły mnie na łopatki. Byłam pewna, że zamawiam kurczaka, ale okazało się, że to inna jego część, a raczej części! Ohyda! Oddaliśmy obie porcje, a zjedliśmy tylko frytki. Mój mąż również zamówił jakieś mięso (nie pamiętam już jakie) tak samo niesmaczne, ale chociaż nie były to chrząstki. Pani kelnerka nie znająca w ząb angielskiego była bardzo zdziwiona i zmieszana sytuacją. Chyba wyszliśmy na snobów, którym to nic nie smakuje. Opuściliśmy to miejsce w podskokach i udaliśmy się na dworzec – głodni i zmęczeni.

Ayutthaya zauroczyła nas świątyniami, ale niczym poza tym. Hałaśliwe miasto, źle wybrane miejsca na nocleg, niesmaczne jedzenie, szereg popełnionych błędów. Być może mieliśmy pecha, a może po prostu tam tak jest. Macie inne doświadczenia? Chętnie je poznam.

Tymczasem skierowaliśmy się znowu do Bangkoku. Przed nami wieczór w kolorowym i świecącym neonami Chinatown (więcej TUTAJ).

 

Więcej o Tajlandii znajdziecie tutaj:

Zapraszam Was również na mój Instagram oraz fanpage na Facebooku

Do zobaczenia gdzieś w drodze!
Martyna